Nazwę przepisu zaczerpnęłam od Wojciecha
Cejrowskiego. Taki zbieg okoliczności – w książce „Jerozolima” Samiego
Tamimiego i Yotama Ottolengiego (z której wzięłam recepturę) obok
przepisu na falafele znajduje się zdjęcie pewnego szyldu. Szyld jak to
szyld – zachęca do zakupu falafeli – po arabsku i angielsku. Poniżej
widnieje odręcznie dopisane flamastrem zdanie po polsku – „Bardzo dobre
falafelki”. W książce nie ma słowa na temat autora tego dopisku, ale
oglądamy programy Cejrowskiego i w jednym z nich pt. „Arabski
sprzedawca”, traktującym o kupcach Jerozolimskich, widać jak to pan
Wojciech dokonuje tego dopisku
Świat jest jednak mały
Wracając do falafeli – ich sytuacja jest
trochę skomplikowana. W tym sensie, że pochodzenie tego dania przypisują
sobie zarówno różne nacje arabskie jak i Izraelczycy. Ci ostatni nawet,
po proklamowaniu w 1948 roku państwa Izrael uznali falafele za swoje
danie narodowe. Zaostrzyło to tylko i tak napiętą sytuację polityczną w
tamtym regionie. Z resztą podobnie wygląda sprawa z hummusem.
Na szczęście zajadając falafelki nie
musicie zastanawiać się czy bardziej jest to danie arabskie czy
izraelskie. W zasadzie jedząc falafele, człowiek skupia się wyłącznie na
ich wspaniałym smaku i chrupkości i nie myśli o niczym innym niż tylko o
ich kolejnej porcji
Tak, one uzależniają

Składniki (na ok. 20 sztuk):
300 g suchej ciecierzycy
1 mała cebula, pokrojona w drobną kosteczkę
2 ząbki czosnku
2 łyżki siekanej kolendry
1-2 łyżki siekanej natki pietruszki
1/2 łyżeczki mielonego kuminu
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
3/4 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1,5 łyżki mąki pszennej
2-3 łyżki zimnej wody
Przygotowanie:
Ciecierzycę zalewamy zimną wodą i odstawiamy do namoczenia na około 12 godzin. Następnie odsączamy ją i wraz z cebulą, czosnkiem, natką pietruszki i kolendrą dwukrotnie mielimy. Albo tak jak ja to robiłam – miksujemy pulsacyjnie na bardzo drobno, ale nie na gładką papkę.
Następnie dodajemy pozostałe przyprawy,
sól, sodę, mąkę i wodę i dokładnie całość wyrabiamy ręką. Odstawiamy na
co najmniej godzinę do lodówki, żeby masa stężała. Powinna być na tyle
gęsta, by dawać się ugniatać i formować w kulki (w razie, gdyby była za
rzadka dodajemy odrobinę mąki).
W głębokim rondlu rozgrzewamy olej. Czy
jest odpowiednio gorący sprawdzamy wykałaczką – gdy pojawią się wokół
niej znaczne pęcherzyki powietrza – temperatura jest w sam raz i możemy
przystąpić do smażenia.
Rękoma formujemy małe kulki (wielkości
tylko troszkę większej od włoskiego orzecha). Dokładnie ugniatamy masę,
żeby nie rozpadła się podczas smażenia. Kulki lekko spłaszczamy i
smażymy partiami w gorącym tłuszczu. Nie wrzucamy za dużo falafeli na
raz, bo spadnie temperatura oleju i zaczną się one gotować i nasiąkać
tłuszczem. Ja smażyłam po 6-7 sztuk na raz przez
około 5-6 minut. W każdym bądź razie powinny być porządnie zezłocone, a
nawet brązowe, żeby nie były surowe w środku.
Falafele odsączamy na ręczniku papierowym i zanim się obejrzycie już ich nie będzie
Jak dotrwają to podajemy je np. z sałatką z pomidorów, ogórka, rukoli, chili, cebulki i mięty, skropioną oliwą. Oraz pieczywem np. podgrzaną pitą lub kawałkami przypieczonej tortilli.
Polecam bardzo prosty sos – mieszamy 3
łyżki jogurtu greckiego z łyżeczką harrisy lub innej ostrej pasty paprykowej
(np. sambalu) i gotowe
Smacznego!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz